Aktualnie przebywasz w:

Wstecz
Sokrates Cafe

Komentarze do protokołu


Jaka powinna być relacja? Coś na kształt przyjacielskiej. No bo, ani rodzic-dziecko (wszystko jedno, w którą stronę), ani mąż-żona (to zbyt skomplikowane).

Wszystko czemuś służy, choć może nie zawsze jest to jasne.

Jest taka ładna przypowieść:

o matce haftującej serwetkę w niezwykle piękne wzory i małym dziecku siedzącym u jej stóp, widzącym ze swojego miejsca tylko jakieś węzełki i splątane nitki, straszliwy bałagan.


Tak więc – przyjacielska. Pełna zROZUMienia i współCZUCIA. No i miłości

(tu już przegięłam :)).


Kama


Chciałbym rozwinąć swoją uwagę, czego niepełną próbę podjąłem w trakcie dyskusji. Uważam, za stanowiskiem Mariana i chyba większości dyskutantów, że sfera rozumowa i doznaniowa współistnieją ze sobą. Zadaniem człowieka winno być zatem takie ustanowienie relacji między nimi, aby w rezultacie człowiek ten czuł możliwie najwięcej szczęścia, nie krzywdząc przy tym innych ludzi. Najlepiej by było, gdyby poprzez dokonanie analitycznej oceny rzeczywistości, jak również oceny swoich - jako jedynej i wyjątkowej istoty ludzkiej - zachowań, potrafił umiejętnie (czyli zgodnie ze swymi potrzebami) wykorzystywać uczucia.


Co to znaczy wykorzystywać? Na pewno nie ujarzmiać ani nawet sterować (bo to uważam za mrzonkę), ale raczej wspomagać się nimi, dążyć do ich możliwie największego wyzwolenia wtedy, gdy rozumowo uzna się to za właściwe, albo dążyć do możliwie największego ich ograniczenia, analogicznie do powyższej zasady.

Odwołam się do poruszonego w dyskusji przykładu artystów. Gdy Mickiewicz tworzył swe utwory, na pewno miał poczucie misji, na pewno dawał swój wkład w walkę o wyzwolenie ojczyzny, na pewno czuł autentyczną potrzebę tworzenia, poetyckiego uwieczniania swych emocji itp. itd. Nie można jednak wykluczyć, że Mickiewicz był przy tym człowiekiem z głową na karku, o skrystalizowanych poglądach na politykę, o szerokich kontaktach personalnych. Jeśli zatem pisał sonety o zachodzie słońca na Krymie, to musiał mieć świadomość tego, że pisanie zgodnie zpewnymi koncepcjami i dla pewnego kręgu odbiorców,przyniesie mu w efekcie sławę, a taż sława umożliwi mu z kolei upowszechnianie na szeroką skalę utworów politycznych, które będą jednocześnie niosły treści bliskie Polakom, jak i promowały interes Polski za granicą. Kiedy natomiast wygłaszał słynne improwizacje na salonach, na pewno szczerze wyrażał swe emocje w pięknej formie, ale nie można wykluczyć, że chciał przy tym zamącić w głowach pięknym damom, które - jak głosi legenda - zmieniał równie często, co miejsca pobytu. Proszę mi nie zarzucać, że uznaję Mickiewicza za artystę chłodnego, interesownego i wiecznie kalkulującego, chęć zaimponowania damom była tylko jedną z motywacji wygłaszania przez niego improwizacji, a może dobitniej - wpędzania się w stan poetyckiego uniesienia, czyli wyzwalania emocji na czas określony.

Posłużę się jeszcze wyrazem frustracji Karola w związku z "zestresowanymi" ludźmi. Osoba niepotrafiąca "identyfikować i rozróżniać swych uczuć" jest jak najdalsza od mojej teorii, bo znajduje się ona w sidłach tych uczuć. Taka osoba nie potrafi, analitycznie myśląc, wyciągać wniosków z oceny rzeczywistości i własnych zachowań, przez co jest targana sprzecznościami inie ma pojęciach o kierujących nią motywacjami. Idealnym zaś przykładem byłby ktoś, kto po pierwsze "uczy się samego siebie", a po drugie - jest "przyjacielem swych uczuć", a nie ich niewolnikiem.


Jak widać, jest to teoria o zabarwieniu pragmatycznym, bo opiera się na prostym wniosku: skoro uczucia są częścią mnie i nieraz doprowadzają mnie do związanych z podejmowaniem złych decyzji wściekłości, gniewu czy rozpaczy, to zamiast machnąć ręką i mruczeć pod nosem: "Ten cholerny stres", powinienem raczej zgłębiać istotę tychże uczuć, aby w przyszłości móc je wykorzystać na swoją korzyść.


Artur


W dyskusji i komentarzach zaproponowano różne modele relacji miedzy uczuciami a rozumem, jednak większość z nich odnosi się do modelu relacji międzyosobowych. Bierzemy pod uwagę relacje rodzic-dziecko, mąż-żona, przełożony-podwładny czy wreszcie przyjacielską. Czy jednak antropomorfizowanie rozumu i uczuć jest słuszne? To prawda, że wiemy więcej o relacjach międzyludzkich niż wewnątrz psychicznych. Jednak modelom tym trzeba zadać kilka pytań. Po pierwsze czy do opisania relacji rozumu i uczuć wystarczą te dwa elementy? Może potrzeba ich więcej. Czy my jesteśmy rozumem? Rozumem, który ocenia, kontroluje, wykorzystuje uczucia? A może jesteśmy uczuciami posługującymi się rozumem? Lub zaćmiewającymi rozum. A może jesteśmy jak moneta czy wyszywanka z jednej strony zerojedynkowa z drugiej układająca się w barwny wzorek? A może jesteśmy swoją wolą, która posługuje się rozumem i uczuciami. Może to czym/kim jesteśmy nie jest ani uczuciami ani rozumem. Może jesteśmy czymś innym niż nasze uczucia i rozum. Nie lubię substancjalizowania słowa „ja” ale trudno o coś lepszego. Ja, jaźń. Jaźń lekceważąca uczucia albo im ulegająca. Jaźń opętana rozumem albo zalana przez uczucia. W celu zobrazowania relacji rozumu i uczuć możemy zarysować nieco inny model przyjaźni. Zamiast przyjaźni rozumu i uczuć wyobraźmy sobie bycie i rozumu i uczuć Przy Jaźni. Przyjaźń rozumu i uczuć zapośredniczona w jaźni. Zaprawdę jak mamy coś do pojęcia, to trzy pojęcia zawsze są lepsze od dwóch.


Asmodeusz


Podstawowym problemem w określaniu relacji między Rozumem a Uczuciami jest to, że uczucia istnieją, a rozum nie. Uczucia istnieją w ten sposób, że są przez nas odczuwane czy przeżywane. Mam szansę bezpośrednio stwierdzić, że jestem smutny wtedy kiedy jestem smutny. Warunkiem niezbędnym ustalenia istnienia naszych uczuć jest nasza świadomość. O cudzym smutku mogę wnosić jedynie pośrednio na podstawie słów, gestów, zachowań drugiej osoby biorąc pod uwagę wiedzę o własnych stanach psychicznych. Uczucia są zatem stanami psychicznymi o ontologii pierwszoosobowej. Natomiast Rozum nie jest nie tylko stanem psychicznym, nie jest w ogóle niczym.


Istnieje taki proces psychiczny jak myślenie, możemy mówić o rozumowaniu, rozumieniu, rozumności, bezrozumności itd. W naszym świadomym życiu psychicznym nie istnieje jednak takie zjawisko jak rozum. Nic nie wskazuje także na to, że zasadne jest przyjmowanie takiego bytu jak Rozum. Bez sensu jest mówienie, że to nasz Rozum rozumuje, tak samo jak bez sensu jest mówienie, że nasze Uczucia czują. To my myślimy i rozumujemy i to my czujemy i przeżywamy. Rozum jako byt jest po prostu hipostazą pojęcia Rozumu. Rozum nie istnieje tak samo jak nie istnieje Mądrość, Sprawiedliwość czy Koniowatość. Są oczywiście ludzie, którzy przyjmują istnienie idei takich jak Rozum, Piękno, Dobro itp. Możemy próbować ich zrozumieć albo im współczuć.


Uczucia istnieją naprawdę, a byt Rozumu jest urojony. Stąd nie mogą istnieć żadne realne relacje rozumu i uczuć. Można natomiast oczywiście mówić o wzajemnym warunkowaniu się stanów i procesów psychicznych (myśli, wyobrażeń, uczuć, nastrojów, pragnień), wyróżnianiu w zjawiskach psychicznych poziomów czy aspektów itd.


Reasumując Rozum nie może kontrolować uczuć bo rozum nie istnieje. Jeżeli jesteśmy w stanie powiedzieć np. że rozum powinien wsłuchiwać się w uczucia, oznacza to po prostu, że utożsamiamy się z rozumem. A jesteśmy Rozumem w takim samym stopniu w jakim jesteśmy Spidermanem.


kis


Dla wszystkich jest chyba oczywiste, że kiedy mówimy relacja Rozum/Uczucia mamy na myśli coś co kiedyś poeci eksploatowali jako problem Rozum/Serce. Po prostu teraz nie wypada na poważnie mówić o Sercu, wiec mówimy o Uczuciach. Dziwne ale dalej wypada mówić o Rozumie. Rozum i Serce to metafory. Pytając metaforycznie o rozum/serce czy nieco współcześniej o rozum/uczucia pytamy przecież o realne zjawiska psychiczne, tyle że rzeczywiście warto zastanowić się jakie prawdziwe zjawiska psychiczne stoją za Rozumem. Po prostu musimy rozpakować czarną skrzynkę rozumu.


Filander


Czuję się zmuszony do wyjścia poza ustalony temat, bo chyba zaczynamy brnąć w złym kierunku. Trzeba pamiętać, że Socrates Cafe to klub dyskusyjny skupiający anonimowych ludzi w różnym wieku i o różnym wykształceniu. Jego ideą jest dyskusja na tematy ogólne, które są ogólne właśnie dlatego, ażeby każdy mógł przedstawić problem z własnej perspektywy (najlepiej na bazie oceny własnych doświadczeń). Stąd jest oczywiste, że dyskutanci godzą się na kompromis, dotyczący pewnej umowności pojęć, bo przecież nie sposób pogodzić np. filozofa z psychologiem czy socjologiem. Gdyby każdy specjalista w swojej dziedzinie chciał poddawać w wątpliwość pojęcia używane w dyskusji, do niczego nie zdążylibyśmy dojść, bo minęłyby już dawno dwie godziny przeznaczone na spotkanie.

Namiastkę tego mogliśmy poczuć podczas ostatniej dyskusji, kiedy to - zamiast wyciągać wnioski z kończącej się dyskusji - zaczęliśmy roztrząsać różnice pojęciowe w sferze uczuć, emocji itd. Było to oczywiście bardzo ciekawe i na pewno warto by było poruszyć tę kwestię na innym spotkaniu, nie zmienia to jednak faktu, że dyskurs ten spowodował odejście od właściwego tematu. I tak, rozum - jak to wyjaśnił w mniej więcej połowie dyskusji Marian - był poręczną dla nas figurą, oznaczającą właśnie mózgowy proces, polegający na analizowaniu, wyciąganiu wniosków, kojarzeniu itd. To że ktoś posługuje się tym terminem, nie musi jeszcze znaczyć, że ma nad łóżkiem ołtarzyk z wizerunkiem Kartezjusza. Tym bardziej, że dyskusja dotyczy "wzajemnego warunkowania się stanów i procesów psychicznych (myśli, wyobrażeń, uczuć, nastrojów, pragnień), wyróżniania w zjawiskach psychicznych poziomów czy aspektów itd.", jak to ktoś inny zręcznie ujął (szkoda, że nie rozwinął). Zdaje mi się, że warto jest chyba patrzeć na sprawy w szerszym kontekście i tym samym widzieć zalety płynące ze zgody na kompromis, jaki jest konieczny w dyskusji toczonej podczas Socrates Cafe.


Ponadto zupełnie nie rozumiem, czemu miałoby się "współczuć" ludziom, którzy przyjmują istnienie idei Koniowatości.


Artur



Dodaj komentarz