Sokrates Cafe
Sokrates Cafe Wrocław 29.09.2009
Dodaj komentarz
Na pierwsze spotkanie grupy Sokrates Cafe Wrocław w Art Cafe Kalambur stawiło się ponad 30 osób. Do dyskusji włączyli się niemal wszyscy zebrani w klubie, więc w sumie około 50 osób. Export krajowy idei Sokrates Cafe okazał się wielkim sukcesem. Mamy nadzieję, że w związku z sukcesem exportowym Sokrates Cafe w Warszawie nie skończy jak buddyzm w Indiach, czy chrześcijaństwo w Izraelu;). W chwili pisania tego protokołu naszą stronę czyta więcej osób z Wrocławia niż Warszawy, nie mówiąc o innych miastach Polski. Chylimy czoło przed wyjątkowością Wrocławia i wyjątkową sprawnością Wrocławskiego Koordynatora Sokrates Cafe. Tak liczna grupa stawia zupełnie nowe wyzwania. Sam nie wiem czy lepiej zniechęcić większość przychodzących, by grupa zmniejszyła się do poziomu zarządzalnego czyli max kilkunastu osób, czy po prostu zaakceptować liczbę chętnych i dostosować formułę spotkań do niej.
Ale przejdźmy do opisu spotkania. Liczne grono zebranych wygenerowało liczny i śliczny zestaw pytań.
Pytania:
1. Dlaczego tu wszyscy przyszliśmy?
2. Czy trudno jest zabrać głos?
3. Po co pytać?
4. Co to znaczy kochać?
5. Czym jest miłość?
6. Czy warto się spotykać i porozmawiać?
7. Czy każdy człowiek potrzebuje rozwoju?
8. Czym jest filozofia? I czego od niej oczekujemy?
9. Czy jest coś mądrzejszego od filozofii?
10. Dlaczego każda mądra myśl zabija poprzednią?
11. Czy powinniśmy się zastanawiać nad sensem życia?
12. Czy życie ma jakiś określony sens?
13. Czy życie musi mieć cel żeby miało sens?
14. Czy musimy zadawać pytania żeby rozmawiać?
15. Czy warto być szczęśliwym?
16. Co z dzisiejszą kulturą?
Do drugiej rundy przeszły pytania dotyczące miłości i sensu życia. Ostatecznie wygrał sens. Może miłość następnym razem…
Temat: Czy powinniśmy się zastanawiać nad sensem życia?
Jaśmina, siedząca w prawym rogu sali, która była autorką pytania, nie miała wątpliwości, że odpowiedz powinna brzmieć: TAK. Powstaje więc pytanie, po co zadała pytanie, skoro znała odpowiedź. Jednak pytanie niezależnie od intencji pytającego staje się własności grupy.
Na szczęście na pytanie zaczynający się od CZY są możliwie 2 odpowiedzi: TAK i NIE.
Z lewego górnego rogu sali, z antresoli, z ust Ani padła odpowiedź: NIE. By być precyzyjnym NIE padło z północnozachodniego górnego rogu Sali, w odpowiedzi na TAK z południowowschodniego dolnego rogu sali. No, z przeciwpołożnego. No, dwa najbardziej odlegle krańce sześcianu. Kiedyś chyba będą konieczne protokoły trójwymiarowe.
W ten sposób od razu na początku udzieliliśmy wszystkich możliwych odpowiedzi. Jednak okazało się, że dyskusja jest dalej możliwa, bo dla części obecnych wciąż była możliwa odpowiedź: NIE WIEM.
Przyjrzyjmy się argumentacji. Jaśmina argumentowała mniej więcej tak: człowiek jest istotą myślącą, wiec musi myśleć. Musi zastanawiać się nad sensem wszystkiego, a najbardziej nad sensem swojego życia. Jeśli tego nie robi, np. dlatego że nie umie myśleć, myślenie go kaleczy, sprawia mu ból, to właściwie nie jest człowiekiem. W skrócie jak Homo sapiens nie sapie to nie jest homo. Argumentacja Jaśminy okazywała się całkowicie odporna na nieśmiałe próby jej kwestionowania. Np. Jaśmina uważała, że każdy ma swój indywidualny sens życia i jest nim np. założenie rodziny, poświęcenie się pracy czy pomaganie innym itp. Odrzuciła próbę pokazania jej sprzeczności pomiędzy rzekomą indywidualnością a typowością sensów, na które wskazywała.
Argumentacja Ani przeciwnie, zmieniała się pod wpływem pytań. Najpierw Ania powiedziała, że nie ma sensu zastanawiać się nad sensem, bo nie mamy wpływu na naszą przyszłość. Na pytanie jaki związek z tematem ma to, że nie mamy PEŁNEGO wpływu na swoją przyszłość i że NIE DO KOŃCA potrafimy przewidzieć przyszłość, Ania odpowiedziała, że ponieważ nie możemy mieć pewności, że nasze plany uda nam się zrealizować, więc jedyną rozsądną strategią na życie jest CARPE DIEM. Niestety wskutek pewnych problemów akustycznych niektórzy z uczestników debaty z uporem powtarzali KARTE DIEM i uważali że ma to coś wspólnego z czystą kartą.
Na pytanie co nam właściwie szkodzi pozastanawiać się nad sensem życia, mimo tego, że nie mamy pełnego wpływu na swoją przyszłość, Ania odpowiedziała, że jeśli zaczniemy się zastanawiać nad sensem i nie daj boże jakiś sens sobie wymyślimy siłą naszego rozumu, może nam grozić przywiązanie do tego wymyślonego sensu. A wtedy możemy przegapić prawdziwy sens, który może spaść na nas nagle, możemy przegapić nasze prawdziwe POWOŁANIE. A zatem czekając na powołanie powinniśmy po prostu korzystać z życia, a nie tracić go na jałowe rozważania.
Po nieco pogardliwej krytyce skierowanej przeciwko stanowisku hedonistycznemu przez zwolenników planowania własnej przyszłości, Ania zdecydowała się ujawnić, że ona też ma swój cel, ma swoje powołanie. Jest nim zostanie zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Ania nie wiedziała dlaczego chce być żołnierzem i nie uważała by to było istotne. Ważne było jedynie to, że była do swego powołania absolutnie przekonana i wiara w nie była motywacją do angażowania się w działania zbliżające ją do realizacji swojego powołania. Jednocześnie jest na tyle mądra by korzystać z życia ZANIM zostanie oficerem. Bo potem zostanie jest tylko SŁUŻBA.
Stanowiska głównych oponentek nie udało się zmediatyzować do końca spotkania. Zabawne jest jednak, że obie Panie ostatecznie były gotowe do przyjęcia zaproponowanych im przez społeczeństwo użytecznych dla tego społeczeństwa FUNKCJI, różniło je tylko nazewnictwo tych funkcji. Społeczeństwo potrzebuje lekarzy, nauczycieli, żołnierzy, matek, urzędników oraz działaczy społecznych. Ania nazywała indywidualnie rozpoznaną i emocjonalnie zaakceptowaną użyteczną funkcje społeczną powołaniem, a Jaśmina sensem życia. Różnił je także pomysł na sposób wyboru i zidentyfikowania się z funkcją. Ania wolała nieświadome i być może dlatego bardziej skuteczne zgranie indywidualnych preferencji z czymś użytecznym społeczeństwu (powołanie spada na nas jak grom z jasnego nieba). Jasmina wolała uzgodnienie swej indywidualności z tym co można robić w społeczeństwie w drodze namysłu nad sobą i społeczeństwem. No zobaczymy co zadziała lepiej.
W tak licznym gronie zawsze można liczyć, że znajdzie się ktoś będzie mówił, że widzi ciemność i trzeba zapalić światło oraz ktoś, kto oświeca problemy tak, że można ujrzeć je jaśniej.
Ponieważ słabo reagowaliśmy na próby szukania jednego sensu w różnych sensach różnych ludzi, Bartek poszedł dalej i zapytał czy mamy wspólny sens z hipopotamami. W sumie czyż nie chodzi nam o to, żeby nasz gatunek i nasze geny przetrwały, a w międzyczasie by z przyjemnością nie potaplać się w błocie.
Kuba próbował pragmatycznie zastanowić się nad tym co nam przyjdzie z tego, że będziemy się zastanawiali nad sensem życia. Co to właściwie zmieni jeśli przyjmiemy, że jest coś takiego jak sens życia albo że go odkryjemy. O ile zrozumiałem chodziło mu o to jakie myślenie (lub nie myślenie) będzie dla nas lepsze, użyteczniejsze, praktyczniejsze. Co przyniesie nam lub innym.
A więc co to nam zrobi czy sens jest czy go nie ma, czy jest wspólny czy dla każdego indywidualny, czy jest i musimy go odkryć, a może nie ma go ale możemy go stworzyć. Jakie myślenie będzie dla nas i innych najlepsze.
Obecni pytali czym jest sens. Czy jest tym samym co cel naszego życia, czy raczej realizacją celu czy celów, co z sensem jeśli zrealizujemy cel, skąd wiadomo, że znajdzie się następny, czy nie lepiej szukać celów długoterminowych, takich jak szczęście ludzkości czy indywidualne zbawienie lub choćby spłacenie 40 letniego kredytu na mieszkanie.
Ewa zauważyła, że sens życia wiąże się z wartościami. Jedną wartością czy wieloma? Czy wartości istnieją, czy je tworzymy, czy wybieramy, jak się z nimi wiążemy, jak układamy w hierarchie, może same się układają, a może są ze sobą w innej relacji niż hierarchia, np. w dynamicznej równowadze.
Wydaje się, że różne problemy z wartościami bezpośrednio przekładają się na problemy z sensem.
Padło pytanie (chyba też Kuby) co w naszym pytaniu znaczy powinność zastanawiania się. Czy istnieje norma nakazująca nam zastanawianie się nad sensem życie. Bernadetta odpowiedziała, że nie. Jakoś zabrakło czasu na uzasadnienie tego nie istnienia normy. Czy nie istnieje taka norma bo żadne normy nie istnieją. Szczerze mówiąc, prywatnie uważam, że normy robią coś zupełnie innego niż istnienie.
Ola proponowała rozumienie życia jako powieści z wieloma wątkami. Sensem życia byłyby wybrane przez nas główne wątki. Może jeden wątek. Jednak czy my jesteśmy autorem naszej powieści. Możemy myśleć, ze naszą powieść pisze ktoś inny, Wielki Pisarz, a może piszą ją automatyzmy biologiczne. A może społeczeństwo, historia, inni ludzie. Może bardziej piszą ja ludzie, których spotykamy. Na pewno wpływ na nasza powieść mają inni pisarze. No i może coś sami też skrobniemy. Może szukanie sensu życia to próba ułożenia w spójną narracje tych wszystkich rozłażących się wątków. Może niektórzy z nas trzymają się jednej narracji a inni wciąż przepisują swoje życie na nowo.
Karol powiedział coś podobnego, tylko z innej stron. Wszyscy wiemy czym jest zdanie bezsensowne a czym sensowne. Zatem wydaje się, że pojęcie sensu życia jest metaforą zakładającą, że życie jest czymś takim jak zdanie czy jakiś ciąg zdań. Nasze życie będzie więc miało sens, jeśli będzie zgodne z zasadami gramatyki jakiegoś języka i będzie niosło jakąś treść. Ale jaka gramatyka, jaki język i jaka treść?
Michał zaproponował definicje sensu życia, jako wartości bez której nie da się żyć. Sensem naszego życia jest to, bez czego wolelibyśmy umrzeć. To ryzykowna koncepcja ale na pewno są jej wyznawcy. Są ludzie, którzy ulokują swoje poczucie sensu w czymś lub kimś kogo można utracić. A wraz z utratą obiektu nadającego sens naszemu życiu, nasze życie traci sens. Buddyści ciągle nam mówią, żebyśmy się nie przywiązywali. Nie wszyscy się z tym zgadzamy. Ale na pewno nie powinniśmy się przywiązywać do kamienia, który ciągnie nas na dno.
Ola chciała zobaczyć sens w szczęściu. Koncepcja nie wydaje się być zła. Jednak czy zastanawianie się nad szczęściem daje nam szczęście.
Grzegorz zaproponował szukanie sensu życia, w tym co sprawia, że chce nam się żyć. Ta koncepcja wydaje się prawie bez zarzutu. Jeśli bardzo chce nam się żyć, na pewno nie myślimy, że nasze życie nie ma sensu. Jak jednak sprawić, żeby chciało nam się żyć bardzo, bardziej. Dla niektórych z nas problemem jest, żeby w ogóle cokolwiek nam się chciało. Jak sprawić, żeby nam się chciało? Jak nauczyć się chcieć?
Ten opis dyskusji wydaje się milutki i spokojniutki. Jednak nasze spotkanie to rodzaj zbiorowego tańca, który trudno ładnie zatańczyć. Łatwo jest popsuć innym zabawę, zagłuszyć melodie, zrobić coś nie w tempie, kogoś popchnąć czy przydeptać. Na sali jest tłok, niektórzy w ogóle nie słyszą melodii, nie znają kroków, nie rozumieją reguł i sensu tej zabawy, po prostu nie potrafią czy nie chcą się w to bawić. Chcą zabawiać się w coś innego, może inny taniec, inna melodia, a może zamiast tańca coś zupełnie innego np. rugby.
Można też spojrzeć na to co robimy jak na grę w piłkę na plaży. Chodzi o to, żeby piłka była w grze, żeby każdy mógł ją podbijać, żeby się ruszać, bawić, przy okazji poopalać. Jeśli ktoś podbiegnie, zabierze piłkę, to niektórzy czują się zobowiązani, żeby dopaść intruza, zabrać mu piłkę, i zwrócić ją do gry. No i dać wycisk intruzowi, żeby oduczył się przeszkadzać bawić się innym.
Z skrajnie lewego rogu sali padł bezimienny głos Człowieka w Ciemnej Kurtce. Nazwijmy go CWCK (czytaj cewuceka). CWCK zaczął od cytatu po łacinie, którego nie przetłumaczył na ludzki język, potem podał tytuły jakiś książek, powiedział, że bez ich przeczytania nie ma sensu rozmawiać i zakończył kolejnym cytatem z łaciny.
Trzeba wyjaśnić, ze niektórzy BARDZO lubią bawić się grą w piłkę plażową i BARDZO nie lubią zabierania piłki. Karol tak właśnie zrozumiał wypowiedź CWCK, jako złośliwą próbę zabrania piłki i podrzucenia piłki lekarskiej, której nikt nie potrafił podbijać.
No, cóż. Niektórzy widząc jego reakcje byli zupełnie zszokowaniu. Karol werbalnie rzucił się do gardła CWCK. Bez używania słów powszechnie uważanych za obelżywe dopadł go, rozszarpał piłkę lekarską, zasypał oczy paskiem, wrzucił do dołka, przywalił łopatką. Jak CWCK pozbierał się i wyszedł z dołka i chciał podrzucić do gry piłeczkę pinpongową, Karol zjadł piłeczkę, złapał CWCK, zaciągnął do wody i zaczął przytapiać. CWCK zawołał błagalnie, żeby wpuścić go do gry. W emocjach użył wyrazów niecenzuralnych, posuwając się do gróźb karalnych, za które jak ochłonął przeprosił Karola. Jak się okazuje nawet tym, którzy podrzucają do gry coś czego nie da się podrzucać, bardzo pragną grać.
Wszystko to było bardzo pouczające, jednak Karol w czasie jak ganiał CWCK, sam trzymał piłkę. Więc inni nie mogli grać.
Kasia, która sędziowała, uznała, że osoba, która walczy o niezabieranie piłki, sama nie może zabierać piłki. Mówiąc inaczej odebrała głos i Karolowi i CWCK. Karol stanowczo przekroczył granice obrony koniecznej. Prywatnie wiadomo mi, że jest gorącym zwolennikiem przekraczania granic obrony koniecznej, tzn. uważa za całkowicie uzasadnione strzelanie bombą atomową do kogoś, kto mierzy do niego z pistoletu na wodę. Oj, musi się jeszcze wiele nauczyć o sztuce walki i różnych rodzajach broni.
Ponieważ tak się składa, że Protokolant i Karol inkarnowali się w jednym ciele, a ich zmysły są dziwnie połączone, okazało się ze po odebraniu głosu Karolowi, Protokolant stracił słuch.
Zabrakło być może zastanowienia się, czym jest zastanawianie się. A może nie zabrakło, ale Protokolant stracił słuch na dalszy przebieg dyskusji. W słowie „zastanawianie” słyszymy jakieś zatrzymanie się. Może o to w tym chodzi, żeby zatrzymać się na chwile, popatrzeć o co chodzi w tej grze. A co jeśli ktoś się zatrzymał? Wtedy może chodzi o to, żeby jednak ruszyć się. Ruszyć do tańca. Ruszyć do gry.
Dodaj komentarz
